Jednooka Wojowniczka – rozmowa z Anetą Mazur

,,Jedna sekunda może zmienić całe Twoje życie” o tym czy jest to zmiana na lepsze czy wręcz przeciwnie rozmawiałam z Anetą Mazur, pisarką, blogerką i mówczynią motywacyjną.

Jak sama pisze o sobie:

,,Jaka jestem?
Na pewno nie jestem osobą, która ma ”lekki” charakter.
Mój upór, dążenie do celu, obstawanie przy swoich wyborach nie czyni mojego życia łatwiejszym, ale zapewne szczęśliwszym.
Mam swoje zdanie i nie boję się go powiedzieć.
Kocham swój kolor włosów i szaleństwa w głowie.
Jestem bombą energii, a tę energię wykorzystuje na to, co czyni, że poczuwam sens życia – a jest nią pomoc drugiej osobie. 
To moja misja na całe życie i mam nadzieję, że jej echo będzie się nieść, wtedy kiedy mnie tu już nie będzie.
Popełniam mnóstwo błędów, ale cieszę się z każdego powstania po upadku”

Zapraszam do czytania.

Wypadek, który wpłynął na Twoje życie miałaś w bardzo młodym wieku. Jak dużo z niego pamiętasz? Czy mogłabyś opowiedzieć co się wtedy stało?

Pamiętam bardzo dużo. Pozwolę sobie odpowiedzieć fragmentem mojej książki w którym opisuję moje wspomnienia z tego wypadku.


,,Pamiętam cały dzień, aż do momentu zaśnięcia pod wpływem narkozy. Wszystkie szczegóły nawet dźwięki, gdy moje oko odmówiło posłuszeństwa i zamknęło się. Obraz zanikł, ale słuch nie. Zacznijmy od początku. 

            Rano jak dziecko, wstaję beztrosko. Oczywiście mama już na nogach, pomimo zaawansowanej ciąży. Po obiedzie ma zamiar umyć naczynia. Wakacje, wolne od przedszkola. Liczę na to, że siostra weźmie mnie do stadniny na konie. Mama jednak sprzeciwia się, coś przeczuwa.  

Nie pozwala nam iść. Nie poddajemy się, przeciwnie, wymyślamy małą podpuchę dla mamy, żeby wyjść z domu. Dzielnie wspiera nas koleżanka, która jeździ z nami. Z przejęciem oznajmiamy mamie, że właściciel stadniny pilnie nas wzywa. Coś się tam wydarzyło i po prostu koniecznie musimy tam iść. Mama odpuszcza, a my w te pędy do koni.

            Najpierw zajęłyśmy się sprzątaniem boksów z łajna. Dzielnie wynoszę taczki i nawet smród mi nie przeszkadza. Pewnie po jakimś czasie się już się go nie odczuwa. I wreszcie to, co fajne, wkładamy siodło na konia i kolejno jeździmy. Po skończeniu swojej jazdy, usłyszałam, że siostra mówi do mnie, abym nalała dla koni wody do wanny, która stoi obok płotu. Jest gorąco, konie na pewno są spragnione. Leję wodę, wanna się napełnia. Podnoszę wzrok i nagle … koniec. 

Nie ma nic.

   Chyba jakiś czas leżę na ziemi. Nikt nic nie widzi.  Każdy zajęty swoją pracą. Nagle słyszę, jak krzyczy moja siostra. Słyszę ją coraz wyraźniej, poznaję, że biegnie do mnie. Podbiega żona właściciela. Podnoszą mnie. Ona dzwoni po karetkę. Koleżanka z wrażenia prawie mdleje, ale daje radę. A ja krzyczę i powtarzam dziesiątki razy: 

Nie ma ciemności, jasności. Jestem w stanie nieważkości, nicości. Pomalutku odzyskuje świadomość. Próbuję się podnieść, coś zobaczyć, chcę krzyczeć, a mamroczę. 

„Nie dzwońce po karetkę!”

            Z perspektywy lat zrozumiałam wiele z tego dnia, ale tego, że tak głośno krzyczałam wypowiadając to zdanie, dalej nie pojmuję. Myślę, że bałam się rodziców i zapewne doszedł szok po uderzeniu. 

Daria i Dorota biorą rowery i jadą ogłosić wiadomość rodzicom, która zmienia ich życie diametralnie, na zawsze…

            Pani Halinka, żona właściciela stadniny prowadzi mnie jak najprędzej do łazienki. Stara się, ale sama nie wie jak obmyć to, co zostało z mojej twarzy. Najgorsze jest to, że widzę się w lustrze. Pierwszy raz widzę się bez połowy twarzy. Z jedną wielką dziurą w środku, która ma w sobie łajno i dużo soczysto zielonej trawy. 

            Tak tą trawę wspomina często moja okulistka, dzięki której żyję. Nie pamiętam przebiegu wydarzeń od czasu lustra do karetki. Potem to już splot wydarzeń, które bardzo głęboko zapisują się w mojej pamięci. 

Na całe życie. 

            Przyjeżdża karetka. Cieszy mnie myśl, że pojawił się tata. Półprzytomna, ale mój mózg dalej pracuje. Tato musi skakać przez płot, aby wejść na teren stadniny, bo rzekomo weszłyśmy tam bezprawnie i brama jest zamknięta. Jedziemy do domu. 

            Widzę jeszcze mamę biegnącą od cioci. Pamiętam do dziś jej fioletową sukienkę. Słyszę wciąż jej krzyk.  Tata nie dopuszcza jej do mnie. Wie, że w ósmym miesiącu ciąży mogłaby urodzić. W karetce słyszę mocno podniesiony głos taty. Krzyczy, żeby kierowca jechał szybciej, w końcu nie jedzie na piwo, tylko do szpitala. 40 km na godzinę myślę, że nie jest odpowiednia prędkość, jeśli chodzi o walkę o życie sześcioletniego dziecka. 

            A ja myślałam tylko o jednym. Chciałam zasnąć. Nie pozwolili mi na to. Pamiętam głos lekarza, że jak zasnę to zasypiam- na zawsze. W pewnym momencie już czuję, jak mi dobrze. Odpływam. Witam się już nowym światem. Czuję ciepło, jasność. Nie ma dźwięku, słów, bólu. Widzę przed sobą jasność w którą chcę iść,  a po lewej stronie tej jasności wiem, że jest mój Anioł Stróż, który chcę ze mną przejść.

W ostatniej mili sekundzie rozlega się głos:

 „Aneta! Obudź się!” Krzyczy asystentka lekarza. 

Bóg w tym momencie mnie ratuje. Znów wracam do świata żywych. Wraca dźwięk, ból, a ja tak bardzo nie chcę tam być. Chcę spać!

Szłam drogą na drugą stronę. Moment umierania- tak to nazywam.

Asystentka lekarza mi nie odpuszcza. Nie pozwala na spanie, cały czas zadaje mi pytania i każe odpowiadać.

            Jeden, drugi, trzeci szpital odmawia przyjęcia. Brak odpowiednich sprzętów, brak lekarzy.  Wreszcie udaje się! Szpital im. Św. Barbary w Sosnowcu przyjmuje mnie, pomimo braku załogi lekarzy. Końcówka wakacji, więc lekarze na urlopie. Dodatkowo zapotrzebowanie na wielu specjalistów w takim przypadku przekraczało codzienną liczbę dyżurujących lekarzy w tym dniu. Pani Doktor od niedawna pracująca jako lekarz okulistyki stara się pomóc. Wisi długie godziny przy telefonie, zbierając specjalistów, bo ‘’poskładanie mnie‘’ musiało być dopięte na ostatni guzik. 

Reszta była w rękach Pana Boga. 

            Dziś mimo tego, że są to urywki, są coraz częstsze i dłuższe. Pamiętam, że wieźli mnie wózkiem na oddział bardzo szybko, głowa zwisała mi poza jego obręb, żebym nie zwymiotowała. Potem to straszne uczucie. Maska tlenowa założona na nos. Dusiłam się, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Wreszcie ktoś zauważa, że nie mam sił walczyć o oddech. Odchyla mi maskę, ale na moment. Zakłada z powrotem. Znów zaczynam się dusić. Na szczęście krótko.

            Robią mi rezonans magnetyczny czaszki, mózgu. Powstaje plan operacji. Wybieranie pozostałości z kości. Usuwanie łajna, trawy i innych zanieczyszczeń z mojej buzi. Trwa to bardzo długo. 

            I tak płynął czas do przyjazdu specjalistów ratujących mi życie, twarz, oko… przyszłość.

Kilkugodzinna operacja kończy się sukcesem.”

Jak to traumatyczne przeżycie wpłynęło na Ciebie? Czy zmieniło się  wtedy Twoje postrzeganie samej siebie? Jak uporałaś się ze zmianą?

Wpłynęło to na mnie negatywnie, ale teraz z perspektywy czasu widzę jakie dobro wypływa z tego pomagając innym ludziom poprzez to doświadczenie.

Na tamten czas musiałam przyzwyczaić się do życia widząc tylko na jedno oko, w miejscu drugiego była dziura zaklejona gazikiem. Po jakimś czasie dopiero dostałam epiprotezę.

Na pewno moja samoocena była pod minusową skalą. Uważałam siebie kolokwialnie mówiąc za dziwoląga.

Obecnie swoje słabości przekułam w siłę.

Jesteś autorką książki: ,,Jednooka Wojowniczka” której inspiracją były Twoje własne doświadczenia. Co chciałaś przekazać pisząc ją? Czy to element uporania się z przeszłością czy raczej chciałaś coś przekazać czytelnikom?

Gdybym nie uporała się z przeszłością to nie potrafiłabym napisać tej książki. Nastąpiło to w wieku 15 lat. Chcę tą książką pomagać osobom jednoocznym, rodzicom takich dzieci czy też bliskim osobom powiązanym z tym tematem.

Chciałam pokazać, że osoba z niepełnosprawnością może spełniać się w różnych obszarach życia. Może żyć jak każdy inny człowiek.

Jak długo trwały przygotowania do jej napisania?

8 miesięcy trwało pisanie książki. Przygotowań właściwie nie było.

Czy podczas pisania natrafiłaś na jakieś trudności?

Wywiady mamy, taty, siostry, koleżanki i Pani Doktor były dla mnie najbardziej doświadczającym etapem pisania książki.

One pozwoliły mi spojrzeć na ten dzień, wypadek z ich perspektywy.
Myślę, że dla nich było to trudne bo musieli wrócić do tych wspomnień, niekoniecznie łatwych.

Który moment był dla Ciebie najważniejszy lub przełomowy podczas pisania?

Wspominając wcześniej. Wywiady były tym momentem. Szczególnie przeprowadzanie tych wywiadów.

Aby przeprowadzić takowy z Panią Doktor musiałam wstać wcześnie, pożyczyć auto, jechać 20 km i miałam na niego 3 minuty na korytarzu.

Czy w swoich pisarskich planach masz kolejne książki, czy ,,Jednooka Wojowniczka” będzie twoją jedyna książką?

Książki kolejnej nie ma w planach, ale piszę cały czas swoje refleksje, wiersze, które można przeczytać na moim blogu.

Oprócz książki piszesz też bloga. Co było pierwsze? Czy oba projekty napędzały się wzajemnie, czy były od siebie całkiem niezależne?

Najpierw był pierwszy blog pod inną nazwą i adresem.

Potem powstała książka, a w sierpniu tamtego roku powstał całkiem nowy blog pod nazwą ”Jednooka Wojowniczka” i tym samym adresem.

Jak godzisz prowadzenie bloga z życiem codziennym i obowiązkami mamy i żony?

Dobra organizacja, pasja, moja wszechobecna energia, zdrowe odżywianie podnoszące tą energię i wdzięczność za każdy dzień to na pewno pomocne składowe do tego, aby to wszystko pogodzić.

Oczywiście nieoceniona jest pomoc bliskich szczególnie obu babć mojej córki.

Czy gdyby nie doszło do wypadku, zdecydowała byś się na karierę pisarską i blogerską?

Na pewno nie.

Często w ramach projektu ,,Tour of school” spotykasz się z młodymi ludźmi. Z jakimi reakcjami na to co im przekazujesz spotykasz się najczęściej? Czy młodzież chętnie angażuje się dialog na temat akceptacji i postrzegania samego siebie bez uprzedzeń?

Reakcje są różne. Od łez, aż po zniechęcenie. Najważniejsze co widzę to zmiana myślenia młodych ludzi i postrzeganie samych siebie.

Dialog wewnętrzny prowadzą sami, ale pamiętam 2 sytuacje ze szkół w Bielsku-Białej w ramach projektu ”EXIT TOUR POLSKA” kiedy to jedna z dziewczyn podeszła do mnie z łzami w oczach i powiedziała

,,Dobrze, że daję nam Pani nadzieję”.
Kolejna sytuacja to gdy podeszła do mnie uczennica i zapytała

,,Mogę się przytulić?”

To dowód na to, że to co mówię rusza ich serca.

To dowód na to, że warto to robić pomimo, że ta praca nie jest usłana różami, ale w pełni wypełnia to z kolei moje serce 🙂 .

Wygląd to w społeczeństwie XXI wieku bardzo ważna kwestia. Twoje podejście do tej sprawy inspiruje wiele osób.
Czy masz jakąś radę dla osób, które mają problem z samoakceptacją?

Napisze te rady, które przekazuję młodzieży.

Naszą wartość nie powinny określać słowa innych osób względem nas.

Nasza wartość jest w nas samych.

Najważniejszą i pierwszą wygraną to ta, kiedy Bóg nas stwarzał, gdy biegliśmy jako małe stworzonka wraz z 40 milionami plemników na cm3.

Każdy z nich chciał oddychać, widzieć, chodzić, po prostu żyć.

Wygrałeś Ty, ja i każdy z nas. Czy to nie jest wystarczający dowód na naszą wartość?

Tutaj ma się skrywać nasze poczucie wartości.

To ma być wyznacznik naszej akceptacji.

Te słowa bardzo zmieniają pogląd na wartość samych siebie kiedy do nich to mówię. Ja też twierdziłam, że przez to oko niczego w życiu nie osiągnę. Nie będę tworzyć dobrych relacji, ale jak widać stało się inaczej.

Jak już wcześniej wspominałam. Swoją słabość, najcięższe doświadczenia można przekuć w siłę, a na dodatek dając tym nadzieję innym.

Jakie są Twoje najbliższe plany? Czy jest jakiś projekt lub inicjatywa w którą chcesz się zaangażować?

Chciałabym w połowie roku otworzyć działalność w związku z aktywizacją mam.

Chciałabym im pokazać, że mogą być takie jakie są i nie muszą być perfekcyjne bo takie coś nie istnieje, nawet jeśli tak wygląda. Mogą akceptować się w pełni takie jakie są, a jeśli chcą coś poprawić pomóc im to zrobić. Oczywiście mamy dzieci pełnosprawnych jak i niepełnosprawnych.

Oczywiście nie zapominam o młodzieży.

W marcu ruszam w szkoły w Jaworznie w ramach projektu ”EXIT TOUR POLSKA”.
Kocham przemawiać i mam nadzieje, że ta przygoda się nie skończy!

Czy jest jakaś myśl, cytat lub przesłanie które mogłabyś przekazać czytelnikom?

To moje motto życiowe, które widnieje wszędzie w moich działaniach.
”Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Serdecznie dziękuję za poświęcony czas.

Również dziękuję

70 Replies to “Jednooka Wojowniczka – rozmowa z Anetą Mazur”

  1. Twój artykuł chwycił mnie za serce. Naprawdę czasami życie nie jest sprawiedliwe. W ulakach sekundy niemalne życie może się zmienić. Piekne artykul.

  2. Bardzo ciekawy wywiad! W życiu trzeba coś przejść żeby zrozumieć nawet najdrobniejsze rzeczy 😉 Pozdrawiam serdecznie 😊

  3. Niesamowity wywiad z niesamowitą osobą. Mimo wszystkiego, co ją spotkało jest w niej tyle pozytywnej energii. Wspaniała dziewczyna, świetna inspiracja! 🙂

  4. Świetny wywiad, bardzo motywujący, chociaż zabrakło mi takich „normalnych” zdjęć osoby z którą przeprowadzałaś wywiad, ludzie wizualizacje.

  5. Co to był za wypadek? W wywiadzie nic o nim nie ma, ciężko mi wyobrazić sobie to co przeżyła bohaterka rozmowy. Był jakiś wybuch nad tą wanna?

  6. Wooow jestem pod wielkim wrażeniem! Jak w tym wieku zapamiętała tyle szczegółów, niestety życie to nie sielanka i knuje na każdym rogu, ale grunt to się nie poddawać 🙂

  7. Gdybym nie przeczytała tekstu, a tylko popatrzyła na ostatnie zdjęcie – w życiu nie domyśliłabym się, że „coś jest nie tak”. Uznałabym, że p.Aneta taki ma w sobie urok 🙂

  8. Piękny wpis i bardzo rzetelnie przygotowany wywiad. Czytając go przypomniał mi się mój kuzyn, który również widzi tylko na jedno oko przez wypadek, którego doświadczył. Przydarzyło mu się to w szkole średniej.
    Ogromne gratulacje dla Jednookiej Wojowniczki, za to, że się nie poddała 🙂
    Pozdrawiam cieplutko 😉

  9. ja też raz żegnałam się z życiem… wczesniej go tak bardzo nie doceniałam jak teraz…. wypadek cała połamana nie mogłam się ruszać przez 3 miesiące pózniej rehabilitacja…. też jestem wojowniczką!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *